Wielkie kłamstwa Ameryki - Fragmenty - 2

Inny zbieg okoliczności: tego samego dwudziestego drugiego maja 1945 roku były jeniec wojenny, major Van Vliet, udał się do Pentagonu, aby amerykańskiemu wywiadowi wojskowemu (G-2) ujawnić, że to Sowieci ponoszą odpowiedzialność za rzeź w Katyniu – taki przynajmniej miał zamiar. Jednak, jak czytaliście w rozdziale siódmym, jego rewelacje wrzucono do szuflady. Widzimy więc, że równocześnie miały miejsce wydarzenia trudne do wyjaśnienia, chyba żeby wierzyć, że tego dnia gwiazdy wyjątkowo nie sprzyjały Stanom Zjednoczonym. Podczas gdy w Waszyngtonie major Van Vliet próbował zdemaskować morderców dwudziestu dwóch tysięcy Polaków rozstrzelanych w lasach koło Smoleńska, w Niemczech generał Barker patrzył w oczy tym samym mordercom, próbując wyrwać z ich szponów aż dwadzieścia tysięcy żywych żołnierzy amerykańskich. Obie próby spełzły na niczym.

Inne czynniki jeszcze pogłębiły to ogólnoświatowe bagno. Dwudziestego trzeciego maja 1945 roku Harry Hopkins – którego tydzień wcześniej chorego podniesiono (dosłownie) z łóżka w eleganckim domu w Georgetown – poleciał z Waszyngtonu na swoją ostatnią misję do Moskwy. Towarzyszyli mu żona, Harriman i Charles Bohlen – wszyscy osobiście zaproszeni przez Hopkinsa. Udawał się tam jako wysłannik prezydenta Trumana, dość desperacko próbującego załagodzić niestosowne niesnaski, do których po zakończeniu wojny doszło między Białym Domem a Kremlem. Jednocześnie Truman wysłał Josepha Daviesa – tego zarozumiałego buca (mówiąc oględnie!) – do Churchilla z wiadomością, że Stany Zjednoczone będą się trzymać Rooseveltowskiej tradycji obłaskawiania Stalina. Dosłownie.

Większość historyków postrzega ten okres jako „narodziny” otwartej wrogości zwanej zimną wojną, ale ja widzę tu raczej ciąg dalszy wrogości, nagle częściowo ujawnionej przez niezręczne, amatorskie i chwilami pyszałkowate próby ograniczenia amerykańskiej pomocy dla Sowietów (słuszny instynkt) – szybko zdławione przez naszych „lepszych aniołów”, Hopkinsa i Daviesa – w odpowiedzi na ujarzmianie terytoriów i narodów, które teraz Stalin dzięki nam posiadł (słuszna strategia – z perspektywy Moskwy). W tym strasznym momencie Churchill najwyraźniej czuł się coraz bardziej wykorzystany i oszukany przez krwawą, kosztowną szaradę sojuszu z wujkiem Joe – szczególnie że Sowieci „uszczelniali” granicę z krajami zajętymi przez Armię Czerwoną, co teraz nazywał „żelazną kurtyną”. Właśnie to powiedział Daviesowi, kiedy wysłannik odwiedził go w Checkers, sondując, jak brytyjski premier zapatruje się na waszyngtoński pomysł, żeby kolejne spotkanie Trumana ze Stalinem było szczytem Wielkiej Dwójki, nie Wielkiej Trójki.

Tysiące brytyjskich i amerykańskich żołnierzy pod kontrolą sowiecką nie występuje w protokole z rozmowy.

Jednak Churchillowska krytyka komunistycznego reżymu wywołała niezwykłe wręcz kazanie – przepraszam, „wyraz osobistych poglądów” – ze strony Daviesa, trwające do wczesnych godzin rannych (spotkanie zaczęło się dwudziestego szóstego maja 1945 roku o dwudziestej trzeciej, a skończyło dopiero o wpół do piątej nad ranem). Czytając protokół Departamentu Stanu, trudno sobie wyobrazić, by gdziekolwiek w ofi cjalnej dokumentacji dało się znaleźć podobne ruganie szefa państwa utrzymane w bardziej histerycznym tonie.

O co chodziło? Mówiąc krótko, Davies „zaniemówił na skutek szoku”, „osłupiał” i „nie mógł uwierzyć własnym uszom”, kiedy Churchill ostro krytykował państwa policyjne tworzone przez Sowietów w Europie. Innymi słowy: Davies mówił premierowi, żeby się zamknął. Wydawał się przerażony, że opinie Churchilla mogłyby trafi ć do opinii publicznej. Obawiał się, że Sowieci podejrzewają Zachód o wrogość, a „gdyby wiedzieli, co Churchill myśli, ich podejrzenia przeszłyby w czyny”. Jeśli Sowieci dowiedzieliby się o poglądach Churchilla, „aż nadto wystarczająco usprawiedliwiałoby to ich działania w Europie” od końca wojny. Dla tego über-apologety to opinie Churchilla, a nie sowieckie działania, stanowiły zagrożenie dla rzekomej jedności. Jak ujął to Davies: „Nie tyle fakty, ile interpretacja tych faktów może mieć niszczycielski efekt”54.

Że co, proszę?

To nie pana fakty, panie premierze, tylko pana interpretacja tych faktów. Tymczasem Hopkins realizował w Moskwie nieco inne zadanie. Na sześciu posiedzeniach resortowych i w rozmowie w cztery oczy miał po prostu przekonać Stalina, że „fakty” pozwalają na jak najlepszą „interpretację”. Prosowiecka Polska? Żaden problem. Prosowieckie narody ościenne? Niech będzie. Zresztą Hopkins poinformował Stalina, że Stany Zjednoczone życzą sobie „przyjaznych krajów wzdłuż granic ZSRR”.

Żegnaj, prawo do samostanowienia. Witaj, bloku wschodni.

Hopkins zapewnił Stalina, że Polska jako taka nie jest problemem. „Nie mamy w Polsce żadnych szczególnych interesów i żadnej woli poparcia tego czy innego rządu”.

Witaj, zsowietyzowana Polsko.

Problemem jest natomiast, wyjaśniał Hopkins, amerykańska „opinia publiczna”. Przypuszczam, że cenzura wojskowa w Stanach Zjednoczonych zaczynała już się pruć. Najwyraźniej jak Churchilla trzeba było skłaniać, by krytykując sowietyzację, nie wywoływał niepotrzebnego oburzenia, tak Stalin też powinien się wysilić, żeby sowietyzacja była mniej jaskrawo oburzająca. Jak ujął to Hopkins: „Miałem nadzieję, że marszałek zastanowi się, jakie działania dyplomatyczne można by wykorzystać, by rozwiązać tę kwestię, pamiętając o odczuciach amerykańskiego społeczeństwa”.

Żeby je lepiej okłamać, prawda? Kiedy Sowieci aresztowali i uwięzili szesnastu przywódców polskiego podziemia – reprezentujących cztery główne partie polityczne – których sami zaprosili do Moskwy, aby zgodnie z porozumieniem jałtańskim powołać nowy rząd, to jakby trujący wiatr powiał nad wirem wydarzeń, przynajmniej trochę psując zalew dobrych wieści o zwycięstwie i „światowym pokoju”. Hopkins w prywatnej rozmowie ze Stalinem, z której spisał ściśle tajną notę, przedstawił tę kwestię nie jako niesprawiedliwość, nie jako hańbę, lecz jako problem z PR-em. Starannie wyjaśnił Stalinowi, że ten incydent został „nieprzychylnie przyjęty w Ameryce” i że zagraża kontynuacji Rooseveltowskiej polityki przez Trumana, jeśli z tego powodu prezydent nie będzie mógł „przekonać amerykańskiej opinii publicznej”. Właśnie dlatego – stwierdził Hopkins – „zwolnienie tych więźniów […] leży w interesie dobrych stosunków rosyjsko-amerykańskich”.

Podkreślam: nie w interesie dobra i zła, sprawiedliwości czy humanitaryzmu, nie dlatego, że ci ludzie nie byli obywatelami ZSRR, tylko rzekomo niezawisłej Polski, ale w interesie tego, jak to wyglądało w oczach Amerykanów. Wyobraźmy sobie: jeśli szesnastu polskich więźniów w ZSRR groziło przebudzeniem giganta (nas), to co dopiero by się stało, gdybyśmy się dowiedzieli, że Sowieci więżą dziesiątki tysięcy amerykańskich i brytyjskich żołnierzy?

     (   |   2   |  3  | ... następna strona>>)