Prezydent Papież Premier - Fragmenty - 2

Nowy front zimnej wojny

Prosto z Rzymu Reagan poleciał do Wielkiej Brytanii, żeby wygłosić przemówienie w Westminsterze. To była wspaniała, ceremonialna uroczystość w Royal Gallery, ale towarzyszyły jej ostre kontrowersje. Część parlamentarzystów Partii Pracy nie wzięła udziału w posiedzeniu, żeby zaprotestować przeciw polityce zagranicznej Reagana. Wszyscy, którzy byli obecni – nawet jeśli nie podobała im się treść wystąpienia prezydenta – z podziwem słuchali, jak wygłaszał długie i elokwentne przemówienie, w ogóle nie korzystając z notatek.

– Podziwiam pana aktorską pamięć – powiedziała Thatcher natychmiast po przemówieniu.

Reagan roześmiał się.

– Przeczytałem całe przemówienie z tych dwóch przezroczy – wyjaśnił, wskazując na urządzenie na mównicy, które słuchacze wzięli za jakiś nowy środek bezpieczeństwa. – Nie zna go pani? – spytał, wyraźnie rozbawiony. – To brytyjski wynalazek. [...]

[...] Mowa wygłoszona w parlamencie stanowiła wolną od wątpliwości zapowiedź, że marsz wolności przez świat „zepchnie marksizm-leninizm na śmietnik historii, tak jak zepchnął inne tyranie, które dławią wolność i kneblują ludzi”. Reagan przepowiadał, że ponieważ komunizm niesie nędzę i pozbawia ludzi wolności, wkrótce sam popadnie w systemowy kryzys, jaki według Marksa miał dotknąć kapitalizm. Na podstawie tych obserwacji prezydent sformułował kilka propozycji utworzenia publicznych i prywatnych fundacji, które pomagałyby ludziom w innych krajach zbudować bardziej liberalny, demokratyczny ustrój. Te idee dały początek National Endowment for Democracy i odpowiednim instytucjom obu amerykańskich partii, Demokratycznej i Republikańskiej, które przyczyniły się do wybuchu demokratycznych rewolucji na całym świecie – dwie najsłynniejsze to pomarańczowa na Ukrainie i różowa w Gruzji. Mowa

Reagana była zatem w równej mierze proroctwem, jak i deklaracją polityczną.

Wówczas jednak nie tylko brytyjscy parlamentarzyści byli zdumieni, zaskoczeni i nawet zaalarmowani. Większość amerykańskich komentatorów krytycznie oceniła przemówienie. Uznali je za naiwne i bezzasadnie wrogie w stosunku do Sowietów. Związek Sowiecki stanowił przecież stały element międzynarodowego pejzażu. „Rosjanie prawdopodobnie nie zechcą współpracować przy popełnianiu samobójstwa” – komentował Tom Brokaw. Po co zatem ich denerwować, odmawiając systemowi wszelkich roszczeń do politycznej legitymizacji?

Dziewięć miesięcy później znacznie ostrzej skrytykowano przemówienie Reagana z antysowieckimi fragmentami, których nie było w jego mowie z Westminsteru. Zwracając się do Krajowego Stowarzyszenia Ewangelików w Orlando na Florydzie, prezydent nazwał Związek Sowiecki „imperium zła” i „ogniskiem zła we współczesnym świecie”. Słuchacze przyjęli jego słowa owacją na stojąco i chóralnym śpiewem: „Naprzód, żołnierze Chrystusa”, ale komentatorzy znowu nie byli tak uprzejmi. „Prymitywne” – krzywił się Anthony Lewis w „New York Timesie”. Tom Wicker z tego samego dziennika przypisał prezydentowi „mentalność świętej wojny”. Henry Steele Commager, wybitny historyk amerykańskiej prezydentury, opisał wystąpienie jako „najgorszą mowę prezydencką w historii Ameryki”.

Większość krytyków przyjmowała założenie, że Reagan znowu chlapie ozorem. Takie filipiki nie miały żadnego znaczenia dla polityki amerykańskiej – uważali krytycy prezydenta – ponieważ żadnego znaczenia mieć nie mogły. Jeśli Stany Zjednoczone nie zamierzały wypowiedzieć Sowietom wojny – a w rzeczywistości prowadziły negocjacje rozbrojeniowe w Genewie – to ataki na legitymizację i samo istnienie Związku Sowieckiego były tylko retorycznymi ekscesami. A jeśli Sowieci byli dostatecznie głupi, żeby brać je na poważnie, to na dokładkę mogły okazać się niebezpieczne.

Jak się przekonamy, Sowieci brali je na poważnie. Tak samo zamknięci w gułagu dysydenci, którym dodały otuchy oznaki rzeczywistości przebijającej się do zachodniej dyplomacji. Obie strony miały rację, gdyż retoryka Reagana służyła poważnemu celowi. William Clark i pracownik Rady Bezpieczeństwa Narodowego, John Lenczowski, wysłali prezydentowi jednostronicowe memorandum, w którym stwierdzili między innymi: „Z punktu widzenia Sowietów mówienie prawdy o Związku Sowieckim stanowi zagrożenie dla ich wewnętrznego bezpieczeństwa – grozi wybuchem masowego oporu wobec ich ideologii, tak jak w Polsce”. To nie było nowe spostrzeżenie. Tacy uczeni jak Richard Pipes i Robert Conquest oraz przebywający na uchodźstwie dysydenci, jak Aleksander Sołżenicyn czy Władimir Bukowski, od lat przedstawiali podobne argumenty. Ich prace wywarły wpływ na Reagana, który już dawno mówił to samo w swych komentarzach radiowych. To był jednak pogląd mniejszości sowietologów i od lat pięćdziesiątych nie wywierał znaczącego wpływu na oficjalną politykę Stanów Zjednoczonych. Jako prezydent Reagan zaakceptował tezę Clarka i Lenczowskiego. W swych publicznych wystąpieniach mówił prawdę o Sowietach, spychając ich do ideologicznej defensywy.

Jeden z krytyków przemówienia Reagana w Westminsterze zrozumiał, do czego on dążył. Peter Jay – angielski ambasador w Stanach Zjednoczonych za czasów Cartera, były zięć Jima Callaghana i wpływowy komentator ekonomiczny – powiedział o Reaganie: „Wydaje się, że niemal wypowiada niemilitarną wojnę Związkowi Sowieckiemu”. Jeśli to przesada, to niewielka i wybaczalna. Reagan uważał idee, zasady i ideologię za front zimnej wojny, równie ważny jak gospodarczy, militarny i terytorialny. Do tej pory Sowieci regularnie atakowali moralność Zachodu – zarzucali mu rasizm, militaryzm, wyzysk, neokolonializm etc., etc. – natomiast Zachód nie odpowiadał. Reagan zaś zamierzał odtąd nazywać rzeczy po imieniu, a Związek Sowiecki był dla niego „imperium zła”.

     (   |   2   |   3  |  ... następna strona>>)